| Index | Home | Astronomia
| Astrologia | U astrologa | Czym jest horoskop | List od Boga | Reinkarnacja | Ślepy przypadek czy karma? | Wiek duszy | Budzik
| Biblia | Wiara | Medytacja
| [Ir]racjonalizm | Era Wodnika | Przepowiednie | Sekty? | FAQ |
O mnie | Bibliografia | Cytaty | Kot
i rybka | Linki i banery | Polemiki | Fałszywe nauki duchowe | Teksty przyjaciół |
| Księga gości | Forum
dyskusyjne | Blog ezoteryczny | Blog codzienny |
| Mapa serwisu i nowości na stronie
| OFERTA | KONTAKT |
Miłujący Boga nie mają religii, tylko
samego Boga. Nie wierzcie w jakiekolwiek przekazy tylko
dlatego, że przez długi czas obowiązywały w wielu krajach. Nie wierzcie
w coś tylko dlatego, że wielu ludzi od dawna to powtarza. Nie
akceptujcie niczego tylko z tego powodu, że ktoś inny to powiedział, że
popiera to swym autorytetem jakiś mędrzec albo kapłan, lub że jest to
napisane w jakimś świętym piśmie. Nie wierzcie w coś tylko dlatego, że
brzmi prawdopodobnie. Nie wierzcie w wizje lub wyobrażenia, które
uważacie za zesłane przez Boga. Miejcie zaufanie do tego, co uznaliście
za prawdziwe po długim sprawdzaniu, do tego, co przynosi powodzenie wam
i innym Ja mogę ci dać mapę, ale to ty musisz iść, ty
musisz podróżować, ty musisz wędrować. Bez wiary potykamy się o źdźbło słomy, z wiarą
przenosimy góry. Biada wam, uczonym w Prawie, bo wzięliście
klucze poznania; samiście nie weszli, a przeszkodziliście tym, którzy
wejść chcieli. Faryzeusze i skrybowie otrzymali klucze poznania
i ukryli je. Nie weszli i nie pozwolili wejść tym, którzy tego chcieli. Jezus powiedział, że królestwo niebieskie jest w
tobie. Ale dokładnie tam leży też królestwo piekielne Przejrzałam w
tym celu kilka encyklopedii oraz haseł, znalezionych przez wyszukiwarkę
Google i zrobiło mi się niewesoło. Nasza najstarsza
i najważniejsza encyklopedia, ta wydana przez Wydawnictwo NAUKOWE
(sic!) PWN, przedstawia wykładnię znaczenia słowa "wiara" wyłącznie z
punktu widzenia religii katolickiej: "WIARA, osobowy, świadomy i wolny
akt ludzki (akt rozumu i woli) afirmujący istnienie Boga, Istoty
Najwyższej, siły nadnaturalnej, Absolutu; w chrześcijaństwie - postawa
człowieka wobec Boga, który objawia mu siebie oraz swoją wolę zbawczą,
wiara odnosi się zatem do osoby Boga, jak i prawdy przez nią
przekazywanej; jako tajemnica (misterium) jest wiara nadprzyrodzonym
darem Bożym i jednocześnie odpowiedzią człowieka (poruszonego
działaniem Ducha Świętego) na ten dar; wiara obok nadziei i miłości
stanowi tzw. cnotę teologiczną; wiara jest aktem wspólnotowym, to
znaczy, wiara Kościoła "poprzedza" wiarę konkretnego człowieka (...)" i
tak dalej w tym kaznodziejskim stylu. Wygląda na to,
że encyklopedyczne hasło opracował ksiądz i że dokonał tego na zlecenie
Kościoła Katolickiego, a nie wydawnictwa NAUKOWEGO. W haśle tym nie
ma ani słowa o jakimkolwiek innym rodzaju wiary, a przecież ludzie
wierzą w różne rzeczy i nierzadko są gotowi za te wierzenia oddać życie. Podobne
wyłącznie katolickie "prawdy uniwersalne" znalazłam w zdecydowanej
większości innych źródeł. Na przykład wyszukiwarka Google po wpisaniu
hasła "wiara" podaje prawie wyłącznie linki do stron katolickich i
tylko z rzadka do należących do innych wyznań, co charakterystyczne,
głównie chrześcijańskich. Honor
encyklopedystów ratuje jedynie "Wikipedia", podając pozareligijne
znaczenia tego słowa: "Wiara w powszechnym użyciu ma znaczenie zbliżone
do zaufania, albo subiektywnego odczucia pewności. Dotyczy relacji
międzyludzkich, ale głównie używana jest w określeniu relacji
ponadosobowych np. wiary w Boga lub w świat wyłącznie materialny -
ateizm. Obiektem wiary może być osoba (lub stan rzeczy), albo
propozycja (np. religijne credo)". Mnie się
najbardziej podoba takie wyjaśnienie (także z Wikipedii): "(...) wiara
to akceptowanie informacji, wiedzy, preferencji i ich systemów bez
osobistej weryfikacji/sprawdzenia (...)" Powtórzę jeszcze
raz: wiara to akceptowanie dowolnych informacji bez ich osobistej
weryfikacji, a więc jest to dobrowolna (bądź nie) rezygnacja ze
zdobycia obiektywnej i sprawdzonej wiedzy na dany temat. Każda religia
opiera się na wierze, jednak nie każda wiara jest religią, bo można
wierzyć w wiele różnych rzeczy: w Boga, w Kościół Powszechny, w naukę,
w ateizm, w swojego polityka lub partię, w koniec świata, w bociana, w
krasnoludki, w życie na innych planetach, w przypadek, w dane
statystyczne, w notowania giełdowe lub dowolną inną ideę. Dlaczego
wierzymy? Wierzymy, bo
potrzebnej nam wiedzy po prostu uzyskać się nie da - i tak jest w
przypadku wiary religijnej - lub gdy weryfikowanie wszystkich
informacji byłoby czystą stratą czasu i energii. Z tym drugim
przypadkiem mamy do czynienia nie w religii, lecz np. w biznesie, kiedy
z ufnością polegamy na informacjach dostarczanych nam przez maklerów
giełdowych, mając przekonanie, że przedstawiane przez nich dane są
godne zaufania. Wierzymy im, ponieważ wiemy, że oni czerpią zyski z
naszych zysków, więc w ich interesie leży dbanie o nasze powodzenie
finansowe. Podobnie, z powodu niemożności osobistego odwiedzenia
każdego miejsca na ziemi jednocześnie, wierzymy środkom masowego
przekazu, ufając, że nie podają one zmyślonych faktów ani wyssanych z
palca interpretacji zdarzeń (z zastrzeżeniem, że obdarzanie ich pełnym
zaufaniem nie jest tak oczywiste, ponieważ zazwyczaj liczymy się z
możliwością, że publikatory bardzo łatwo mogą przekształcić się w tubę
propagandową polityków, religii lub innej władzy). Tak więc wiarą
kierują się również racjonaliści i ateiści, bo bez tego nie da się żyć
ani funkcjonować w nowoczesnym społeczeństwie. Wiara
"racjonalna" to zaufanie, że zapoznając się z informacjami naukowymi,
statystykami, cenami surowców czy notowaniami giełdowymi obcujemy z
rzetelnymi i prawdziwymi danymi. Niestety, wiara
często bywa zupełnie irracjonalna i fanatyczna, stając się
przeciwieństwem rozumu, a co jeszcze gorsze, nadmiar złej wiary może
prowadzić do zupełnego zaniku krytycyzmu i instynktu samozachowawczego. Irracjonalną
wiarą kierują się również ateiści i tzw. "racjonaliści". Ich wiara polega
na całkowitym, bezrefleksyjnym i bezkrytycznym, z fanatyzmem równym
religijnemu, negowaniu absolutnie wszystkich zjawisk duchowych i nie
uznawanych przez naukę. Ludzie ci zaprzeczają nawet zupełnie oczywistym
faktom tylko dlatego, że nauka, która jest ich fanatyczną religią, nie
potrafi wyjaśnić mechanizmu ich działania. Każdy podważający ich
(nie)wiarę dowód kwitowany jest "racjonalnym" wyznaniem (anty)credo,
które brzmi: "ja w to nie wierzę". Ateizm jest taką
samą irracjonalną wiarą jak dowolna religia. Nie da się
naukowo udowodnić istnienia Boga, to rzecz zupełnie oczywista. Ale
równie oczywiste jest to, że nie da się udowodnić Jego nieistnienia.
Dlatego wiara w brak Boga jest dokładnie tym samym, czym wiara w jego
istnienie. Proste i logiczne, prawda? Wielokrotnie
zdarzało mi się przyłapać racjonalistów na ślepej wierze w wierutne
bzdury, na zatrważającej niezdolności do samodzielnego myślenia oraz na
fanatycznym odmawianiu zbadania zjawisk, które negują. Odpowiedź na
propozycję wspólnego przyjrzenia się pewnym zjawiskom z reguły brzmiała
"nie bo nie" lub "nie będę studiował bzdur". Towarzyszy temu z reguły
duża agresja, przejawiająca się w postaci drwin lub złośliwej ironii.
Dokładnie tak samo, strzelając śmiechem, traktują swoich przeciwników
ludzie religijni. Dowody na
potwierdzenie braku zdolności do samodzielnego myślenia "racjonalistów"
znajdują się w moich Polemikach i w FAQ. Wiara w
informacje podawane przez państwowe źródła informacji stosunkowo rzadko
przekształca się w fanatyzm, ale i to się zdarza. Jako przykład może
posłużyć okres dochodzenia Hitlera do władzy, kiedy to propagandzie
państwowej udało się doprowadzić naród do histerii i amoku, a jak się
to skończyło wszyscy wiemy. Podobnie przerażające owoce wydała wiara
Japończyków w boskie pochodzenie cesarza, co w połączeniu z propagandą
polityczną doprowadziło do powstania oddziałów fanatycznych kamikadze,
siejących paniczne przerażenie i zniszczenia wśród wojsk alianckich.
Ludzie ci kierowali się szaleńczą wiarą w słuszność idei głoszonych
przez swoich przywódców politycznych i wojskowych, co sprawiło, że byli
gotowi z pełną euforii radością oddać swoje życie za państwo i honor
cesarza. Jeszcze bardziej
niebezpieczna jest wiara religijna, ponieważ opiera się ona na czysto
irracjonalnych popędach. Najczęściej stosowaną metodą bezwzględnego
podporządkowywania sobie wiernych jest umiejętne wykorzystywanie i
podsycanie czającego się w duszy każdego człowieka lęku, który jest
szczególnie silny u ludzi żyjących w biedzie i pozbawionych dostępu do
edukacji. Religia
oczywiście opiera się wyłącznie na wierze i to na jej najbardziej
bezkrytycznej i irracjonalnej odmianie. Wiedzy na temat Boga, życia po
śmierci, zbawienia, praw duchowych, nieomylności papieży itp. nie da
się zweryfikować żadną racjonalną metodą. Nie da się tu zastosować
metod statystycznych, nie istnieją również żadne eksperymenty, które
mogłyby udowodnić (jak również obalić) tezę o istnieniu Boga i
nieomylności kapłanów w tej kwestii. Z tego powodu
religia musi się możliwie najskuteczniej zabezpieczać przed utratą
"pogłowia" wierzących w jej nauki wyznawców. W tym celu stosowana jest
psychomanipulacja, a nawet różne, bardzo groźne praktyki z pogranicza
hipnozy i sugestii. Wszystkie religie i sekty chrześcijańskie bazują na
straszeniu ludzi wizją niedostąpienia zbawienia, czego skutkiem mają
być straszliwe i wieczne męki w piekle. Więcej na temat
sposobów skutecznego usidlenia i dalszego utrzymywania ludzi w wierze
napisałam w tekście o sektach. Uważam, że wiara
religijna jest w istocie perfidnym narzędziem zniewolenia ludzkości i
doprowadzenia jej do zguby. Pozbawia ona ludzi zdolności do krytycznego
myślenia i zabija w nich instynkt samozachowawczy. Osobnik zniewolony
przez wiarę gotów jest oddać swoje życie za dowolną bzdurę, czego
świetnym przykładem jest zakaz przyjmowania krwi przez Świadków Jehowy.
Katolicy oraz muzułmanie mają równie liczne i równie niebezpieczne
wierzenia. Przykładem
zagrożeń wynikających z wiary w "boga" Jehowę (który jest również
bogiem katolików) można znaleźć na stronie Zjednoczenia Świadków Jehowy na
rzecz Reform w kwestii Krwi. Zacytuję tu tylko niewielki fragment
jednej z wielu wstrząsających historii śmierci wielu dzieci, które nie
zgodziły się na przyjęcie transfuzji krwi. Zrobiły to z powodu
rygorystycznej edukacji religijnej, jaką otrzymały w domu rodzinnym: "12-letnia Lenae
Martinez, która zachorowała na białaczkę: Lekarze uznali,
że natychmiast trzeba jej przetoczyć masę czerwonokrwinkową i płytki
krwi oraz rozpocząć chemioterapię. Lenae
oświadczyła, iż nie życzy sobie, aby jej podano krew lub składniki
krwi, ponieważ zabronił tego Bóg, na przykład w Księdze 3 Mojżeszowej i
w Dziejach Apostolskich. (...) Lekarze
wielokrotnie rozmawiali z Lenae i jej rodzicami. Zdarzyło się nawet, iż
któregoś popołudnia przyszli drugi raz. Lenae tak opowiadała o tej
wizycie: "Byłam wyczerpana z bólu i zwymiotowałam dużo krwi. Zadawali
mi te same pytania, tylko w inny sposób. Po raz kolejny powiedziałam:
'Nie życzę sobie żadnej krwi ani jej składników. Wolę umrzeć niż złamać
przyrzeczenie spełniania woli Jehowy Boga'" Później przyszło
dwóch lekarzy i prawnik. Chcieli porozmawiać z Lenae na osobności, więc
poprosili jej rodziców, by wyszli. W trakcie rozmowy lekarze byli
bardzo wyrozumiali i życzliwi wobec Lenae, a jej przejrzyste wypowiedzi
i głębokie przekonanie zrobiły na nich duże wrażenie. Kiedy pozostali
z nią sam na sam, oznajmili, że umiera na białaczkę, po czym dodali:
"Ale dzięki transfuzjom mogłabyś jeszcze trochę pożyć. Jeżeli jednak
nie przyjmiesz krwi, za parę dni umrzesz". "Gdybym dostała
krew", zapytała Lenae, "to jak długo mogłabym pożyć?" "Trzy do sześciu
miesięcy" - odrzekli. "Co mogłabym
zrobić przez te sześć miesięcy?" - spytała. "Wzmocnisz się i
będziesz mogła dużo zdziałać. Mogłabyś odwiedzić Disney World. Mogłabyś
zwiedzić wiele innych miejsc". Lenae przez
chwilę pomyślała, po czym wyjaśniła: "Służyłam Jehowie przez całe moje
życie - 12 lat. Za posłuszeństwo obiecał mi wieczne życie w raju. Nie
odwrócę się teraz od Niego, żeby pożyć sześć miesięcy. Pragnę pozostać
wierna aż do śmierci. Będę mogła wówczas liczyć na to, iż w słusznym
czasie mnie wskrzesi i obdarzy życiem bez końca. A wtedy będę miała
mnóstwo czasu na wszystko, czym zechcę się zająć". Lekarze i
prawnik byli najwyraźniej zdumieni. Pochwalili ją i odeszli, a rodzicom
powiedzieli, że ich córka myśli i wypowiada się jak osoba dorosła i
potrafi sama podejmować decyzje. Zalecili, by komitet etyki w Szpitalu
Dziecięcym Yalley uznał Lenae za dojrzałą nieletnią. Komitet ten, w
którego skład wchodzili lekarze i inni pracownicy służby zdrowia oraz
profesor etyki z Uniwersytetu Stanowego w Fresno, postanowił, że Lenae
może samodzielnie decydować o swym leczeniu. Uznano Lenae za dojrzałą
nieletnią. Nie zwrócono się do sądu o wydanie nakazu. Dnia 22 września
1993 roku o godzinie 6.30 nad ranem, po długiej i ciężkiej nocy, Lenae
zapadła w sen śmierci w ramionach swej matki. Dostojeństwo i spokój
owej nocy wyryły trwały ślad w umysłach tych, którzy tam byli. Na
pogrzeb przybyły 482 osoby, a wśród nich lekarze, pielęgniarki i
nauczyciele, na których wiara i prawość Lenae wywarły głębokie wrażenie. Rodzice i krewni
Lenae byli ogromnie wdzięczni lekarzom, pielęgniarkom i kierownictwu
Szpitala Dziecięcego Yalley za to, że z taką wnikliwością ocenili
dojrzałość tej młodej osoby i że decyzje tę powzięto bez udziału sądu". Komitet etyki w
szpitalu uznał, że dziewczynka jest dojrzała i w pełni świadoma oraz że
w sposób zdumiewająco odpowiedzialny podejmuje decyzje dotyczące jej
leczenia i zdrowia. Ośmielę się mieć
odmienne zdanie i stwierdzę, że dziewczynka działała pod wpływem
wpajanej jej od urodzenia fałszywej, fanatycznej i zgubnej wiary w
religijne przesądy, co pozbawiło ją zdolności do krytycznego i
obiektywnego rozumowania. Była absolutnie przeświadczona, że takie jest
życzenie Boga i pragnęła być mu w pełni posłuszna. Była nawet gotowa
poświęcić życie doczesne dla iluzji wiecznych dóbr, które rzekomo staną
się jej udziałem po śmierci. Jehowa jest
wprost nienasycony i wciąż mało mu ludzkiego bólu, łez i cierpienia. Mamy więc tu
kolejny dowód na to, że ów okrutny i stale żądający ofiar bóg nie jest
Bogiem prawdziwym i że nie ma w nim miłości ani miłosierdzia do swoich
dzieci. Obcując od
dzieciństwa z ludźmi przyznającymi się do katolickiego światopoglądu i
w nim wychowanymi mam możliwość obserwować jak podchodzą oni do kwestii
wiary i jaki model wiary jest im wpajany od urodzenia aż do śmierci.
Tak "wyuczeni" nie uważają wcale za stosowne zastanowić się
samodzielnie, czy jest on zgodny z Biblią i Ewangeliami, nie mówiąc o
świętych pismach innych religii, w których również zawarta jest część
prawdy duchowej przekazanej ludzkości. Wpaja się nam
przekonanie, że konieczność zachowania wiary jest najcięższą próbą dla
człowieka, ale jest to absolutnie konieczne do zbawienia. Wiara zawsze
kojarzyła mi się z jakąś straszną katorgą. Obserwując to, co dzieje się
wokół doszłam w dzieciństwie do wniosku, że utrata wiary jest
najcięższym grzechem, jakiego można się dopuścić i najstraszniejszą
rzeczą, jaka może się człowiekowi przytrafić i że za to odstępstwo
czeka okrutna kara oraz wieczne potępienie. Kazania na temat
wiary najbardziej przerażały moich rówieśników, bo stale słyszeli, że
ich wiara może być na mała, by mogli wejść do królestwa bożego. Kazano
im wierzyć jeszcze bardziej, a potem jeszcze bardziej. Sama myśl o
słabości ich wiary przerażała śmiertelnie wszystkich wiernych. Nikt jednak nie
powiedział prawdy, czym naprawdę jest wiara, w co wierzyć i dlaczego.
Pozornie kazano nam wierzyć w Boga i w Jezusa, gdyż wiara w te postacie
miała nas zbawić. A tak naprawdę kazano nam wierzyć w oficjalne
nauczanie Kościoła Katolickiego i w jego nieomylną, bo rzekomo
natchnioną przez Boga, interpretację prawd zawartych w świętych
księgach. Kazano nam więc uznać wyższość wglądu późniejszych
interpretatorów nad oryginalną prawdą zapisaną w Pismach. Dziś wiemy,
że zarówno Stary jak i Nowy Testament są najprawdopodobniej najbardziej
ocenzurowanymi i przeinaczonymi pismami jakie istnieją na tej planecie,
co rzuca jeszcze większy cień na intencje zinstytucjonalizowanej
religii i jej reprezentantów, którzy dopuścili się celowej manipulacji,
aby umocnić swą władzę i wpływy. To właśnie z
powodu postępowania "uczonych w Piśmie" tak wielu myślących i czujących
ludzi całkowicie odeszło od religii i Kościoła (a przy okazji,
wylewając dziecko wraz z kąpielą, odrzuciło zupełnie wiarę w Boga) jako
od instytucji dopuszczających się manipulacji i duchowego zniewolenia.
Potrzeba wielu lat świadomej i odważnej pracy nad sobą, żeby oczyścić
umysł, a zwłaszcza podświadomość, z wpajanego od najwcześniejszego
dzieciństwa paranoicznego lęku i niewłaściwych przekonań i dojście do
zrozumienia, czym jest prawdziwa wiara i dlaczego należy się nią
kierować w codziennym życiu. Pewna
internetowa gazeta katolicka zamieściła takie oto dane: "Wyniki badań
przeprowadzonych wśród młodzieży szkół ponadpodstawowych przez Instytut
Statystyki Kościoła Katolickiego w 1996 roku: (...) za głęboko
wierzących uznało się tylko 10% badanych, wierzących 32%,
niezdecydowanych 24,7%, obojętnych 14,9%, niewierzących 6,2%.
Systematycznie praktykuje 21,9% badanych, niesystematycznie 27,9%,
natomiast 17,5% nie praktykuje wcale". Według obyczaju
panującego we wszystkich środkach masowego przekazu w Polsce (a może z
racji odgórnego nakazu) ludzi generalnie dzieli się na wierzących i
niewierzących. Jest to tak powszechne zjawisko, że nikt nawet się nie
zastanawia, co właściwie znaczy słowo "wierzący". Jednak z ogólnego
tonu tych wypowiedzi wynika, że owi "wierzący" to katolicy, a
"niewierzący" to cała reszta. Jeśli
zastosujemy takie kryteria, okaże się, że wyznawcy innych religii,
włączając w to wszystkie odłamy chrześcijaństwa oraz osoby niezależne
światopoglądowo (mam na myśli agnostyków i osoby bezwyznaniowe, czyli
takie, które wierzą w Boga, lecz nie należą do żadnej z religii)
zaliczają się do "niewierzących", co jest delikatnie mówiąc manipulacją
lub kłamstwem. Być może z tego powodu z ostatniego Spisu Powszechnego
celowo usunięto pytanie o wyznanie, ponieważ wyniki mogłyby być bardzo
nie po myśli specjalistów od ustalania, kto jest "wierzący" a kto
"niewierzący" i dlaczego. Proponuję
zastanowić się nad tym, na czym polega właściwa wiara i w co naprawdę
wierzymy, gdy składamy deklarację, że jesteśmy "wierzący": czy
bezkrytycznie i w zaślepiony fanatyzmem sposób wierzymy w "Wielki,
Powszechny i Apostolski Kościół" oraz w oficjalne nauczanie jego
kapłanów, czy raczej w Boga i Jezusa, który zszedł na Ziemię po to, by
przekazać nam prawdę i duchową mądrość? A może należy sformułować to
zagadnienie inaczej i powiedzieć, że wierzymy nie w Boga lecz Bogu?
Proponuję też zastanowić się nad tym, czy ktokolwiek na świecie ma
monopol na jedyne właściwe nauczanie o Bogu i czy zna jedyną prowadzącą
do Niego drogę? Na naszej
planecie jest wiele religii i wiele świętych ksiąg, a Biblia wyraźnie
mówi, że nawet włos z głowy nam nie spadnie bez woli bożej. Skoro tak,
to znaczy, że mnogość religii jest zgodna z wolą Boga. Twierdzenie
więc, że zbawienie jest możliwe tylko w KK jest kłamstwem. Żadna inna
religia nie uzurpuje sobie prawa do posiadania jedynej recepty na
zbawienie. Dla przykładu Talmud naucza, że sprawiedliwi wszystkich
narodów będą mieli miejsce w przyszłym świecie. Hinduizm z kolei
zapewnia, że każde stworzenie, nie wykluczając zwierząt, ma jednakowe
prawo poznać Boga i że nikomu to prawo nie będzie odebrane. Tymczasem
katolicyzm twierdzi coś wręcz przeciwnego. Jezus, na
którego nauki powołują się katoliccy kapłani był przez całe życie w
konflikcie z Faryzeuszami i wytykał ich błędy, dlaczego więc godzimy
się na to, by współcześni "uczeni w Piśmie" narzucali nam własną
interpretację słów Mistrza i swoją wizję wiary? Czyż Bóg nie należy do
wszystkich? Czy naprawdę potrzebujemy pośredników, by się z Nim
kontaktować? I dlaczego Bóg nie mógłby mówić do ludzi bezpośrednio lub
przez swych proroków również dziś, tak jak czynił to przez wieki? Faryzeusz to
"uczony w Piśmie" lub "uczony w Prawie". Jest to człowiek pozbawiony
serca i zdolności samodzielnego myślenia, kierujący się wyłącznie
martwym zapisem prawa. Jego rozumowanie jest zdeformowane, ponieważ nie
czuje on ducha prawa, co sprawia, że sztywno trzyma się jego litery.
"Człowiek jest taki, jak myśli w sercu". Znaczy to, że nie mamy myśleć
głową, lecz kierować się sercem. Niestety faryzeusze i inni uczeni w
Piśmie kierują się tylko głową, a nie sercem, a co gorsze próbują
narzucić nam swoją wypaczoną wizję świata i boskości. Zabraniają nam
myśleć i zadawać pytania. Jeśli uczony w Piśmie nie umie czegoś
wyjaśnić, posługuje się słowem-wytrychem "tajemnica". "To jest boża
tajemnica", "nie godzi się wydzierać Bogu tajemnic", "Bóg ma swoje
tajemnice, nie żądajmy więc odpowiedzi na wszystkie pytania", "nigdy
nie pojmiemy tego, co boskie". Bóg nie
potrzebuje utrzymywać żadnych tajemnic, bo nie jest przestępcą i nie ma
nic do ukrycia. Tajemnice potrzebne są tym, którzy pragną manipulować
bliźnimi lub wprowadzać ich w błąd. Tajemnicami są w istocie matactwa
tych, którzy chcą władzy nad naszymi umysłami i duszami, czyli
kapłanom. Temu samemu celowi służy straszenie wiernych bożym gniewem.
Bóg nie zna gniewu. Gniew jest niską i wyłącznie ludzką emocją. Z powodu takich
przekonań w średniowieczu zakazywano badań naukowych, ponieważ uważano,
że są one wydzieraniem bożych tajemnic. Zabraniano również leczenia
ludzi, gdyż wolą Boga było, by umarli (do dziś istnieje sekta, która
głosi podobne poglądy). Znam wielu
ludzi, którzy na każdym kroku podkreślają swoją wiarę, ale w ich
słowach nie ma szczerości ani miłości. Posługują się oni cudzymi,
wyuczonymi na pamięć frazesami, a język ich ciała zdradza, że każde ich
słowo jest fałszem. Pod spodem czai się lęk, gotów w każdej chwili
przerodzić się w atak agresji. Takim ludziom lepiej się nie
sprzeciwiać, ponieważ potrafią być wyjątkowo okrutni. Dlaczego tak się
dzieje? Jest tak, ponieważ nie ufają oni własnemu sercu. Ci ludzie boją
się zadawać pytania i myśleć samodzielnie, aby nie wejść w konflikt z
kanonami rzekomej "wiary", będącymi w rzeczywistości obcymi,
bezsensownymi dogmatami. Wmówiono im, że Bóg jest mściwym, pełnym
okrucieństwa potworem, którego trzeba się bać i płaszczyć się przed nim
jak przed Stalinem lub Hitlerem. To sprawia, że stale odgrywają farsę
pobożności, modląc się głośno w miejscach publicznych (np. na sejmowej
mównicy) lub w inny sposób obnosząc swoją "pobożność" na sztandarach. Ale przecież
Bóg, jako wszechwiedzący i znający nasze serca nie da się oszukać, nie
zrobią więc na Nim żadnego wrażenia słowne deklaracje bez pokrycia ani
też gesty na pokaz. Taka "wiara"
jest wyłącznie sztuczką ludzkiego ego i w najlepszym razie może zrobić
wrażenie na naiwnych widzach, ale z całą pewnością nie zapewni nikomu
tego, co niektórzy nazywają zbawieniem. Również na nic nie zda się
męczeństwo ani ofiara z życia, gdyż Bóg wcale nie potrzebuje naszego
cierpienia - nie jest przecież sadystą, lecz kochającym rodzicem i
istotą doskonałą. Jaki rodzic patrzyłby z radością na cierpienia swoich
dzieci? Cierpienie i męczeństwo potrzebne jest nie Bogu, lecz
demonicznym twórcom religii i ich fałszywemu "bogu". Bóg do niczego
nie potrzebuje ludzkiego cierpienia ani żadnych widowiskowych popisów
wiary, lecz naszej miłości i zaufania. Widziałam w Reality TV program z serii "Z pogranicza wiary", w którym pokazano grupę religijną założoną przez George`a Hensley`a z Grasshoper, Tennessee, który postanowił udowodnić i dosłownie wcielić w życie to, co przeczytał w Biblii: "Nie lękaj się, bo cię wykupiłem... Gdy pójdziesz przez wody, Ja będę z tobą, i gdy przez rzeki, nie zatopią ciebie. Gdy pójdziesz przez ogień nie spalisz się"... (Iz. 43, 1-2) i "A takie znaki będą towarzyszyły tym, którzy uwierzyli: w imieniu moim demony wyganiać będą, nowymi językami mówić będą [...] Na chorych ręce kłaść będą, a ci wyzdrowieją" (Mk. 16, 17-18). Jego kontynuator zdobył kilka jadowitych węży oraz ich suszony jad w ampułkach i przed każdym nabożeństwem rozpuszcza go w wodzie. Ludzie modlą się, śpiewają i tańczą, po czym kaznodzieja pije jad ze słoja, a wiernym podaje węże, które następnie są podawane z rąk do rąk. W końcu ktoś zostaje ukąszony, a wtedy pastor każe mu się modlić, nakazując wiernym, by kładli na niego ręce i również się modlili. Po chwili ukąszona osoba dochodzi do siebie, wstaje i zaczyna tańczyć i śpiewać razem z innymi. Do domu wraca zupełnie zdrowa i szczęśliwa. A jednak nie wszystkim się to udaje i jak dotąd w kościele tym zmarło co najmniej 50 osób. Wiadomo, że
wiara przenosi góry i że wszystko, co jest napisane w Biblii na ten
temat jest prawdą. Potwierdzili to nawet sceptyczni uczeni.
Przeprowadzono wiele eksperymentów, w których dowiedziono, że wiara
chroni przed zatruciami, bakteriami i bólem, a nawet promieniowaniem
radioaktywnym. Znane są również przypadki wyleczenia wiarą (nie tylko
katolicką) z AIDS, raka i innych chorób, które lekarze uważają za
nieuleczalne. Należy jednak
zadać sobie najważniejsze pytanie: jaki pożytek będziesz mieć ty, inni
ludzie i cały świat z tego, że w czasie nabożeństwa wypijesz jad lub
pozwolisz, by cię ukąsił jadowity wąż? (Nie mówię oczywiście o
przypadku, gdy stanie się to na wycieczce na pustyni, gdy nie można
liczyć na żadną pomoc). Takie popisy nie
służą właściwie niczemu, poza naszym własnym ego i co najwyżej mogą
wbić nas w wielką pychę oraz poczucie wyższości nad innymi, którzy tego
nie dokonali. Nie ma to
również nic wspólnego z jakąś jedną, jedyniesłuszną religią, z
interwencją Ducha Świętego, Jezusa, katolickich świętych ani innymi
takimi rzeczami. Dokonują tego zarówno ateiści jak i ludzie należący do
dowolnej religii. Dowodem na to może być chodzenie po ogniu, które
stało się ostatnio bardzo modną rozrywką i nie wymaga żadnych
religijnych obrzędów. Magia ognia jest najbardziej rozpowszechnionym
rytuałem, znanym we wszystkich systemach religijnych świata, poza
chrześcijaństwem, które odrzuciło wszelkie formy magii. Jednak nie o
widowiska chodziło Bogu, gdy zapewniał nas o cudowności wiary. W rzeczywistości
chodzi o pełne zaufanie do Boga i wiarę w Jego opiekę, która może
ochronić nas przed chorobami, cierpieniem i biedą. Gdybyśmy mieli
prawdziwą wiarę, nie potrzebowalibyśmy popisywać się przed innymi
modląc się głośno w Sejmie, czy jakimkolwiek innym miejscu publicznym,
chodząc po ogniu czy pozwalając się ukąsić jadowitym wężom. Za to
żylibyśmy w harmonii i szczęściu, wykorzystując swą wiarę w sposób
bardziej konstruktywny i przynoszący światu pożytek. Tymczasem my
uwierzyliśmy w to, że Bóg jest okrutny i każe ludziom cierpieć. Kościół
przez całe wieki nauczał, że cierpienie prowadzi do zbawienia, więc nie
tylko nie należy go unikać, ale wręcz z radością "nieść swój krzyż",
gdyż jest to jedyna droga do "nieba". Wpajano nam od najwcześniejszego
dzieciństwa nieprawidłowe i pełne okrucieństwa poglądy, które sprawiły,
że ludzie stali się nieczułymi, pozbawionymi miłości i współczucia
potworami, a nasza ziemia zamieniła się w padół łez i wszelkiego
cierpienia oraz miejsce nieustających wojen i nienawiści. Wszystko to
znosiliśmy w pokorze, po cichu przeklinając życie i Boga, jako ich
rzekomego sprawcę. Z tego powodu
wiele osób odrzuciło wiarę, gdyż zaakceptowanie schizofrenicznego
nauczania o bezgranicznej bożej miłości i dobroci w połączeniu z
jednoczesnym nauczaniem o boskim gniewie i okrucieństwie nie mieściło
im się w głowach. Ale to nie Bóg
ich okłamał, lecz ziemskie instytucje, które wypaczyły biblijne nauki
po to, żeby umocnić swą nieograniczoną i jak najbardziej doczesną
władzę. Wieki terroru zrobiły swoje i w ludzkich umysłach zagnieździły
się zupełnie nieprawidłowe wyobrażenia. A przecież Biblia mówi
wyraźnie: "Według wiary waszej niechaj się wam stanie" (Mt. 9,29), co
znaczy, że to, w co wierzymy spełni się w naszym życiu. Jeśli wierzymy
w okrucieństwo Boga, w nieszczęścia, nędzę, wojny, choroby, starość i
śmierć, to stają się one naszą rzeczywistością, bo "według wiary naszej
nam się stało". Zrozumiał to Job, gdy spadły na niego nieszczęścia i
rzekł "Bo to, czego się bałem, nawiedziło mnie" (Księga Joba 3,25). Skutki takiej
interpretacji praw bożych mają prawdziwie tragiczne następstwa.
Psychologów zastanawia fakt, dlaczego spośród wszystkich odłamów
chrześcijaństwa najwięcej samobójstw odnotowują protestanci. Na
pierwszy rzut oka wydaje się to niezrozumiałe, ale gdy uzmysłowimy
sobie, że kierują się oni naukami świętego Pawła sprawa przestaje być
aż tak tajemnicza. Na własne uszy i z wielkim przerażeniem słuchałam
wywodów mojego znajomego pastora na temat predestynacji. Jeśli przyjąć
za prawdę, że Bóg wybiera nas do zbawienia lub potępienia przed naszym
narodzeniem, w chwili, gdy "stwarza" naszą (zupełnie dziewiczą) duszę,
to rzeczywiście wszelki heroizm życia i zmagania z przeciwnościami losu
stają się tragiczną pomyłką i zwyczajną farsą. Skoro i tak nie ma
nadziei, to po co w ogóle żyć i do mąk piekielnych dokładać jeszcze
męki ziemskiego żywota. A przecież Jezus
nie kazał nam wierzyć w faryzeuszy i ich nauki. Biblia również nie żąda
od nas niepotrzebnych cierpień ani ofiar. Zarówno Biblia jak i Jezus
uczą nas miłości, pokoju i wiary w boską opiekę. Całe to
zamieszanie i nieporozumienia związane z interpretacją Starego
Testamentu wynikają z przekonania, że okrutna istota, która
kontaktowała się z Abrahamem i Mojżeszem i wielokrotnie zdradzała ludzi
była Bogiem-Stwórcą i ojcem Jezusa. Ta potężna i przerażająca istota
zwana Jahwe nie była Bogiem. Kim więc była? Odpowiedź na to pytanie
możecie znaleźć bardzo łatwo, jeśli odważycie się myśleć i poszukiwać
samodzielnie. Czego Wam gorąco życzę. Skoro Bilia jest
ostatecznym autorytetem dla katolików, jest oczywiste, że powinni się
kierować jej zaleceniami. A czy tak robią? Gdzie w
poniższych cytatach biblijnych jest mowa o takim modelu wiary, jakiego
wymaga od nich Kościół? Bo
to, czego się bałem, nawiedziło mnie Człowiek
jest taki, jak myśli w sercu Według
wiary waszej niechaj się wam stanie Wszystko
jest możliwe dla wierzącego ...
u Boga wszystko jest możliwe Cokolwiek
postanowisz, uda ci się, a nad twoimi drogami zabłyśnie światło Ja,
Pan, twój lekarz ...
wiara twoja uzdrowiła cię, idź w pokoju Rzekłem:
wyście bogami i wy wszyscy jesteście synami Najwyższego Pokój
pełny mają ci, którzy kochają twój zakon; na niczym się nie potkną Czy
sugeruje pan, że inkwizycja BRONIŁA wiary??? A przed kim i przed czym
właściwie? Na temat wiary w Trójcę Świętą i Boga osobowego: A
na tę Trójcę Świętą są jakieś niezbite dowody? Moim zdaniem jest to
tylko PRZEKONANIE grupy
"ojców kościoła", intensywnie wpajane katolikom od dnia narodzin aż do
śmierci. Jest to jeden z dogmatów, który ukuto przed wiekami na którymś
soborze i uznano za obowiązujący wszystkich katolików. Ludzie w ogóle
nie zastanawiają się nad prawdami, z którymi nieustająco obcują od
dnia, w którym po raz pierwszy otworzyli swe oczy. Dla mnie takie
formułki nie mają sensu, nie widzę potrzeby uczenia się ich na pamięć,
a co najważniejsze nie budzą we mnie żadnych (a w każdym razie
pozytywnych) reakcji emocjonalnych - bo np. w styczności z prawdą czuję
radosne poruszenie duszy. Jeśli ktoś chce, to oczywiście może się ich
uczyć na pamięć, a wtedy wiarę w Boga zastąpi w jego duszy wiara w
Katechizm i wymyślone przez ziemskich władców KK formułki. Można
nauczyć się na pamięć wszystkich definicji, na których opiera się wiara
w nauczanie Kościoła, tylko jaki z tego pożytek? Taka "wiara" sprawia,
że stajemy się fanatykami, gotowymi walczyć z tymi, którzy kierują się
prawdą, a nie nauczaniem. Za wiarą w Boga idzie łagodność, tolerancja i
miłość bliźniego, za wiarą w nauczanie - prześladowania i nietolerancja. W moim
przekonaniu "Bóg osobowy" jest wynalazkiem dla maluczkich i
prostaczków. Człowiek prosty, np. średniowieczny wieśniak, nie byłby w
stanie wyobrazić sobie nieograniczonego majestatu Boga prawdziwego,
stworzono więc na jego użytek "osobowego ojczulka z siwą brodą". I to
wszystko. A potem przyjęto to jako obowiązujący dogmat. Bóg jest Bogiem
i jest dla człowieka zupełnie niewyobrażalny. Bóg osobowy jest
tworzeniem Boga na obraz i podobieństwo człowieka, a przecież powinno
być odwrotnie. Na
temat religii: Powiem szczerze,
że ja w ogóle nie lubię religii jako takich (wszystkich jakie są) i
uważam je za wynalazek sił nieczystych, ponieważ to właśnie one są
przyczyną wzajemnej nienawiści i większości wojen, jakie toczą między
sobą mieszkańcy tej planety. Podłe postępowanie dotyczy nie tylko
katolików, ale muzułman, starozakonnych i wszystkich innych. Wszyscy
ludzie, bez względu na wyznawaną religię są podli, grzeszni i
prześladują przedstawicieli innych wyznań (niestety, muszę przyznać, że
katolicyzm okazał się pod tym względem najgorszy, bo najbardziej
inwazyjny). Religia ani trochę ludzi nie ucywilizowała ani nie
spowodowała, że stali się lepsi i bardziej miłosierni, chociaż tego są
uczeni na lekcjach tejże religii. Tak więc nie można zaryzykować
stwierdzenia, że stałoby się coś strasznego gdyby religia znikła ze
świata. Dowodem na to jest przykład zlaicyzowanej zachodniej Europy, w
której panuje spokój i tolerancja, w przeciwieństwie do tych rejonów
świata, w których religia gra pierwszoplanową rolę. Skoro Bóg jest
jeden (co przyznają wszystkie monoteistyczne religie świata, czyli
zdecydowana większość), to dlaczego ludzie różnych religii nienawidzą
się wzajemnie i dlaczego się wyrzynają? Dlaczego narzucają innym ludom
swoją wizję tego Boga (podobno jedynego jaki jest)? Dlaczego nie może
być tak, żeby każdy chwalił Boga tak, jak chce i jak lubi i żeby
nadawał Mu takie imię, jakie się komu podoba? Komu to przeszkadza, że
jeden chwali Boga tańcząc, a inny woli medytować nad boską
doskonałością pod starym i świętym dębem? Dlaczego nie zachwycić się
cudownością i wielością różnych kultur i tradycji? Dlaczego wszyscy
muszą czcić Boga tak, jak pragnie tego jakiś spragniony władzy ważniak?
Z powodu religii ziemia przesiąknięta jest krwią. Na szczęście dusze są
nieśmiertelne i mogą powrócić na ziemię, by dalej się doskonalić, aż do
momentu, gdy zrozumieją, że "Miłujący Boga nie mają religii, tylko
samego Boga". MT 7 (15) Strzeżcie się fałszywych proroków, którzy
przychodzą do was w owczej skórze, a wewnątrz są drapieżnymi wilkami.
(16) Poznacie ich po ich owocach. Czy zbiera się winogrona z ciernia
albo z ostu figi? (17) Tak każde dobre drzewo wydaje dobre owoce, a złe
drzewo wydaje złe owoce. (18) Nie może dobre drzewo wydać złych owoców
ani złe drzewo wydać dobrych owoców. (19) Każde drzewo, które nie
wydaje dobrego owocu, będzie wycięte i w ogień wrzucone. (20) A więc:
poznacie ich po ich owocach. Bóg obdarzył
każdego z nas rozumem oraz wolną wolą i każdemu człowiekowi przyznał
prawo, a nawet obowiązek osobistego i stałego dokonywania wyborów
między dobrem a złem. Jest to jedno z najważniejszych, przysługujących
nam praw. Na tym właśnie polega życie na Ziemi i to stanowi jego sens.
Nigdzie nie jest napisane, że Bóg w jakikolwiek sposób ograniczył
ludzkości wolność i że powołał jakieś specjalne osoby lub instytucje do
tego, by za ludzi decydowały i siłą zmuszały ich do posłuszeństwa
duchowego czy moralnego. Każdy osobiście zostanie rozliczony z tego,
jak żył, co myślał i w jaki sposób wykorzystał dar, jakim jest wolna
wola. Ograniczanie
komuś wolności duchowej w postaci narzucania mu przymusu wyznawania
takiej czy innej religii jako "jedynej prowadzącej do zbawienia" lub
zmuszanie go do "normalnego" stylu życia jest pogwałceniem woli Boga.
Takie próby są wyłącznie manifestacją ludzkiej tyranii i przejawem
zbiorowego obłędu (takiego, jak np. przypadek czarownic z Salem). Jeśli jawnie lub
w sposób skryty zmuszamy innego człowieka do zrobienia czegoś, na co
może on nie wyrazić swojego przyzwolenia, jeśli uniemożliwiamy mu
podjęcie własnych, suwerennych decyzji i decydowania o tym, w co i jak
wierzy oraz jak żyje uprawiamy CZARNĄ MAGIĘ. Katolicy zostali
pozbawieni prawa do korzystania z wolnej woli, ponieważ żaden z nich
nie otrzymał szansy, żeby samodzielnie zadecydować o sobie i swoim
sumieniu z tej prostej przyczyny, że w tej religii indoktrynacja
rozpoczyna się już w kołysce. Jest to najprawdziwsze pranie mózgu
dokonywane na istotach, które są całkowicie bezbronne. Niemowlę ani
maleńkie dziecko nie ma żadnej możliwości bronienia się przed kłamstwem
duchowym i psychomanipulacją. Nie może podjąć z rodzicem poważnej i
równoprawnej intelektualnie dyskusji na tematy światopoglądowe czy
filozoficzne, ponieważ nie umie mówić i brak mu wiedzy. Maleńkie
dziecko może tylko słuchać i zupełnie bezkrytycznie przyjmować to, co
narzucają mu potężni i mądrzy dorośli. Dziecko postrzega rodziców jako
bogów, jako istoty wszechmogące, wszystkowiedzące i doskonałe,
przyjmując za dobrą monetę oraz świętą prawdę wszystko, co mu powiedzą
i czego je nauczą. Podświadomość dziecka jest szeroko otwarta i
przyjmuje ten zasiew jak żyzna gleba. Można mu wmówić dosłownie
wszystko tak, jak hipnotyzer wmawia niestworzone rzeczy
zahipnotyzowanemu. Dziecko uwierzy nawet w to, że nie istnieją
krasnoludki ani duchy opiekuńcze i że nie widać ludzkiej aury. Przyjmie
to jako absolutną prawdę i rzeczywiście przestanie je widzieć. Uwierzy tak
bardzo bezkrytycznie w nauczanie Kościoła, że będzie gotowe oddać
własne życie w obronie wbitych mu do głowy "prawd" i nigdy się nie
zastanowi, czy rzeczywiście ma to cokolwiek wspólnego z obiektywną
prawdą. Możliwe, że do końca życia nawet nie zaświta mu w głowie myśl,
że padł ofiarą oszustwa i dlatego nie podejmie żadnej próby wyzwolenia
się z tego, co mu wpojono, gdy był bezbronny. W takim przypadku pewne
jest, że zada własnym dzieciom taki sam gwałt psychiczny, jaki zadano
jemu. Dlatego to, co
robi ze swoimi owieczkami ortodoksyjny Kościół jest nie czym innym, jak
czarną magią. Jest to pozbawianie człowieka prawa do samodzielnego
decydowania o sobie, do wolnego i w pełni świadomego wyboru
światopoglądu, a nawet odbieraniem prawa do samodzielnego wybierania
pomiędzy dobrem a złem. "Poznacie ich po
ich owocach. (...) Nie może dobre drzewo wydać złych owoców ani złe
drzewo wydać dobrych owoców". Poznajcie więc
po owocach, do czego prowadzi religia. 2000 lat jej panowania i
nauczania kleru to wystarczająco długi okres, by móc wyrobić sobie
zdanie na temat tego, jakie to są owoce. Buddyzm naucza,
że skuteczność praktyki duchowej rozpoznajemy po jej urzeczywistnieniu
w życiu adepta. Jeśli jest właściwa, adept czyni postępy, uwalnia się
od psychicznego splątania, jego życie staje się radosne, a relacje z
bliźnimi satysfakcjonujące. W hunie wyraża
się to słowami: "Skuteczność jest miarą prawdy". Jeśli ktoś praktykuje
religię, która rzekomo uczy miłości, ale w swoim życiu urzeczywistnia
nienawiść i brak tolerancji, to znaczy, że jego praktyka jest błędna i
prowadzi na manowce. To jednak dla
katolika nie ma znaczenia. Dla niego jedynym celem jest trzymanie się
tej nieskutecznej i zgubnej duchowo ścieżki zwanej "wiarą" za wszelką
cenę, gdyż dał sobie wmówić, że tylko bezwzględna i niewzruszona
wierność tym naukom zapewni mu zbawienie. Oto inne moje
teksty z bloga
na temat zasług religii, zniewolenia umysłu i fałszywej pobożności: O
jezusowej miłości, fazyzejstwie i pułapce fałszywego rozwoju Moja
polemika z dawidosem, czyli przekonaniem o zasługach religii Zaprawdę,
religie są po to, żeby świat był lepszy...




























Dżalaluddin Rumi
Kalama Sutra Budda Siakjamuni
Osho: Mapy świadomości
Sören Kierkegaard
Ewangelia św. Łukasza (11: 52)
Nowoodkryta koptyjska Ewangelia św. Tomasza
Dale Carnegie
Zacznijmy od ustalenia, czym jest "wiara" i co w ogóle oznacza to słowo.
(Księga Joba 3,25)
(Mt. 9,29)
(Mk. 9,23)
(Mt. 19,26)
(Job. 22,28)
(Druga Księga Mojżeszowa 15.26)
(Łk. 8,48)
(Ps. 82,6)
(Księga Psalmów 119,165)